Ale czy w ogóle warto szukać najlepszego tytułu wśród
polskich filmów?
To jest jak wybieranie dobrych mandarynek w TESCO - szanse
są bliskie zeru. No ale próbujemy wybrać: pierwsza niedojrzała - Kac Wawa, druga zgnieciona - Sztos 2, trzecia
spleśniała - Bitwa pod Wiedniem, w czwartą ktoś włożył palec - Big Love. Przewracasz
kilkanaście kolejnych - to samo. I bądź tu mądry człowieku. Już masz zamiar
odejść od stoiska, ale nagle Twój wzrok przykuwa te jedna jedyna, czysta,
zdrowa, w nienaruszonym wręcz stanie. Wybija się spośród tłumu i próbuje
walczyć o honor gatunku.
Tak jest drodzy Państwo. Ten film to "Róża" Wojtka
Smarzowskiego. Zostawia daleko w tyle konkurencję. Ma zdecydowanie więcej
argumentów nie tylko od wymienionych wyżej tytułów, ale też zgniata filmy o
sporych ambicjach (Obława, Pokłosie).
Krótko o fabule: akcja filmu rozgrywa się na Mazurach, tuż
po II wojnie światowej. Tadeusz (Marcin Dorociński), były żołnierz AK, dociera
na poniemieckie ziemie w celu ułożenia sobie życia na nowo. Poznaje tam
tytułową Różę (Agata Kulesza), kobietę doświadczoną przez życie nie mniej niż
on sam. Ona wyświadcza mu przysługę ofiarując mu schronienie, on odwdzięcza się
rozminowując pole. Mimo chłodnej początkowo relacji, pod płaszczem
nieszczerości rodzi się uczucie. Bolesne momenty odkrywania prawdy o nich
samych są tylko punktem wyjścia do dramatycznych sytuacji, z jakimi będą musieli
się wspólnie zmierzyć.
"Róża" to dopiero czwarty (po
"Małżowinie", "Weselu" i "Domu złym") film w
reżyserii Smarzowskiego. Kolejny równie udany, zaskakująco solidny i
rewelacyjny warsztatowo obraz.
Co ciekawe za sprawą Michała Szczerbica (wcześniej
Smarzowski sam pisał scenariusze do swoich filmów) mamy do czynienia z nową
jakością serwowaną przez reżysera. Porzuca on zbudowaną na poprzednich tytułach
stylistykę, kontynuując jednak formę nieubłagalnego stopniowania emocji, a w
efekcie uderzającej siły przekazu. Tym razem niebagatelną rolę odgrywa tutaj
tło historyczne. To zastane warunki decydują głównie o losie bohaterów. Ich wyborem
jest obrona przed światem zewnętrznym, bądź jej brak. Drugim elementem, do
którego Smarzowski nie zdążył nas przyzwyczaić jest położenie największego
nacisku na relacje między kobietą a mężczyzną. To uczucie gra tutaj pierwsze
skrzypce, jednak całość przedstawiona jest w taki sposób, że widz ani przez
moment nie odnosi wrażenia, że ogląda jakiś ckliwy melodramat.
Postacią wiodącą dla fabuły jest oczywiście Tadeusz, jednak
jeżeli oceniać grę aktorską można dopatrzeć się dwóch rzeczy. Dorociński gra jak
zwykle świetnie, jednak jego bohater jest konsekwentny w swoich poczynaniach od
początku do końca. Jego łuk przemiany nie zmienia się więc wyraźnie w trakcie
trwania filmu. Róży jest zdecydowanie trudniej dostosować się do zaistniałych
warunków. Szczerbic napisał tą postać nieco lepiej, a to pozwoliło Kuleszy
wznieść się na wyżyny swojego talentu aktorskiego i stworzyć kreację, która
swoim brutalnym realizmem wstrząsa mną po dzień dzisiejszy (mino, że film
widziałem w okolicach marca!).
Kilka słów jeszcze o stronie technicznej. Zdjęcia oraz
montaż nie są tak dynamiczne jak w poprzednich filmach Smarzowskiego. Mamy tu
głównie do czynienia z płynnym ruchem kamery, ujęcia są statycznie
uporządkowane, montaż wtłoczony w film, niemal niezauważalny. Film mimo całej
swojej brutalności prowadzony jest spokojnie, usypia uwagę widza. Zabieg ten
jest szczególnie mocno odczuwalny przy końcu filmu, przez co ostateczne
przeżycia są jeszcze silniejsze. W kwestii muzyki reżyser pozostaje
konsekwentny. I nie mam na myśli powielania schematów, bo i na tym polu udaje
mu się zaskoczyć widza. Muzyki w filmie nie ma za wiele, ale tam gdzie się
pojawia z impetem wwierca się w uszy przewrotnie komentując rozgrywane sceny.
Smarzowski ciągle podtrzymuje nadzieję na wybudzenie się
wreszcie z przytłaczającego marazmu polskiej kinematografii. Surowość obrazu,
skrajny realizm przedstawianej fabuły, konsekwentne prowadzenie aktorów, to elementy
składowe działa wystawionego przeciw współczesnym tendencjom. Fakt, walka jest
nierówna, ale z pewnością nie skazana z góry na niepowodzenie. Dopóki podejmuje
się próbę nie przegrywa się. Dlatego Panie Wojtku, walcz Pan do końca!

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz